Stowarzyszenie Monar

Ośrodek Leczenia, Terapii i Rehabilitacji Uzależnień w Wyszkowie

Chyba każdy pacjent „MONARU” zauważył i doświadczył na własnej skórze przerażającej w swym ogromie przewagi liczebnej płci męskiej w Społecznościach. Tymczasem w „Monarze Wyszków” dzieją się rzeczy dziwne. Jakby na złość schematom i przyzwyczajeniom liczba dziewczyn w naszym ośrodku powoli i dyskretnie wzrasta.

 

Początkowo, z wiadomych powodów budziło to zachwyt u facetów, ale niebawem przerodził się on w swego rodzaju dezorientację. Moim, subiektywnym oczywiście zdaniem miało to związek z hierarchią w Społeczności. Mówiąc wprost, póki kobiety były nowicjuszami i z tej prostej przyczyny musiały zachować godną tego statusu pokorę czyli po prostu dawać sobą rządzić sytuacja zachowywała pozory normalności. Panowie mając do czynienia z bardzo dużą różnorodnością kobiecych osobowości wykazywali jednak pewne oznaki zdurnienia. Co w ich zachowaniu podobało się jednej kobiecie, drugą doprowadzało do irytacji graniczącej z furią. Co jednej imponowało drugą doprowadzało do szyderczego śmiechu i skłaniało do rzucania tekstów jak zaostrzone szpilki. W dodatku szybko zaczęło być jasne, że dziewczyny są od nich lepsze – nawet w takich dziedzinach, które tradycyjnie postrzegane są jako męskie, dla i przez mężczyzn stworzone. A tu lipa! Początkowo panowie podejmując każde niemal działanie dążyli do współzawodnictwa, każdy chciał błyszczeć. Nie zyskując jednak uznania wycofywali się za kulisy. W czasie gdy kobiety po raz pierwszy objęły funkcję i okazało się, że świetnie sobie na nich radzą (kierownik pracy, szef kuchni, kierownik SOM-u) wśród męskiej części społeczności powiało trwogą. Szybko dało się zauważyć jak nowym doświadczeniem dla twardzieli jest konieczność dostosowania się do podejmowanych przez kobiety decyzji. Krytyki zachowującej poziom jaki tej żałosnej w swej wymowie, logice i intencjach nie brakowało, przy czym za każdym razem gdy dochodziło do dyskusji panie potrafiły spokojnie i racjonalnie udowodnić żelazną spójność swojego rozumowania. Błyskawicznie też znalazły sobie miejsce w kultywowanej przez Monar Wyszków średniowiecznej tradycji rycerskiej. Z racji warunków fizycznych nie mogą walczyć na miecze, ale aktywnie uczestniczą w oprawie teatralnej, która walkom rycerskim towarzyszy – jako księżniczki, czarownice, autorki muzyki, scenarzystki i reżyserki. Różnorodność tych ról stanowi symboliczne odzwierciedlenie tego jak dalece Monar Wyszków wzbogacany jest przez kobiece osobowości. Efektem tego są niebanalne relacje, które naturalną koleją rzeczy budowane są w Społeczności.

Taka wszechobecność i zaangażowanie się pań w różne płaszczyzny rzeczywistości ośrodkowej pozwala panom na wiele problemów spojrzeć w nowy, odkrywczy sposób. Zwyczajnie otwiera im oczy na to, czego nie dostrzegli lub dostrzegać nie chcieli. Otwiera im także umysły i dusze na to czego w sobie nie rozumieją, na uczucia których istnienia sobie nie uświadamiali, a jeśli przeczuwali ich istnienie to skutecznie je w sobie tłumili.

Jaki z tego morał mili czytelnicy? Na wszelkie dostępne wam sposoby dążcie do tego, aby dziewczyny podejmowały leczenie, trwały w decyzji o nim powiększając ilość kobiet w Monarach. Wszystkim wyjdzie to na dobre choć może boleć.

 

Na początku października tego roku obchodziliśmy 27 rocznicę powstania naszego Ośrodka. Aby uczcić to wydarzenie postanowiliśmy nadać mu odpowiednią oprawę i dać z siebie wszystko. Ponieważ Monar Wyszkowski kultywuje od dawien dawna tradycję rycerską nieodłącznym elementem naszego życia tutaj są konie. Jak wiadomo każdy rycerz miał swego rumaka, którego dosiadał by przemierzać świat w poszukiwaniu przygód wojennych i miłosnych. Są wśród nas ludzie, dla których sztuka jeździecka jest pasją i wkładają dużo pracy w to by doskonalić swoje umiejętności. Pokaz tego co potrafią, był pierwszą atrakcją imprezy rocznicowej. Poprzedzony wielogodzinnymi treningami występ zachwycał nawet laików, dla których „koń jaki jest każdy widzi”. Doskonale dobrana i porywająca wyobraźnię muzyka stworzyła piękne tło dla kadryla podczas którego jeźdźcy musieli wykazać się umiejętnością współpracy ze zwierzęciem i ze sobą nawzajem.

Nie lada wyzwaniem to wielkie święto było dla naszego szefa kuchni – Tomasza D, który dwoił się i troił by sprostać zadaniu, lecz z przyczyn od niego zależnych i niezależnych nie zawsze mu to wychodziło. Na szczęście miał koło siebie ludzi gotowych do pracy i współpracy, którzy chętnie angażowali się w przedsięwzięcie. A wierzcie mi, nakarmienie takiego tłumu jaki wstąpił w gościnne progi naszego domu „to nie takie proste, to nie takie łatwe”. Bez wątpienia jednak całonocne krajanie warzyw do bigosu i sałatek i inne graniczące z poświęceniem żmudne czynności, których się podejmowaliśmy nagrodzone zostały szczerym apetytem naszych zacnych gości. Wierzcie mi, że pytanie „czy są dokładki?” padające podczas posiłku brzmią w uszach kucharza jak najcudowniejsza melodia, to balsam dla duszy i cóż...spracowanych dłoni również.

Niezastąpiona w roli gospodarza domu okazała się Ula R1, która pięknym uśmiechem ośmielała nieśmiałych, zachęcała do tego by czuć się w naszym domu jak w swym własnym. Dbała o logistyczną płynność wydarzenia i dyskretnie koordynowała prace bieżące, choć bez wątpienia trudno było z nimi nadążyć.

SOM kierowany przez Ulę R2 działał dyskretnie choć w najwyższym stopniu czujności, jednak intuicyjnie podnosząc próg zaufania do pacjentów z innych ośrodków. Tu warto zaznaczyć, że zaufanie to ku wielkiej radości w.w nie zostało w żaden sposób nadużyte. Somici Darek, Wiktor i Marta wykazywali pełną dyspozycyjność i gotowość do czynu.

Nasz prezes Mateusz stanął na wysokości zadania. Starał się być obecny wszędzie. Tryskał entuzjazmem i skutecznie przeprowadzał gości przez kolejne etapy uroczystości. Jej szczególnym elementem był pokaz walk rycerskich, którego oprawę stanowiła saga rycerska napisana i wyreżyserowana przez autorkę i tegoż artykułu. Gdyby ktoś wpadł do naszego ośrodka przed rocznicą zaskoczony byłby widokiem np. Marty zamiatającej schody i szlochającej „o ja nieszczęsna czym ja zgrzeszyłam?”, lub Roberta i Wiktora, którzy na palarni mówili do siebie „szekspirowskim” slangiem. Z boiska dobiegłyby jego uszu bojowe okrzyki Damianusa Gniewnego i Daniela Szalonego. To dlatego, że każdy z członków Społeczności wcielający się w jakąś postać z przedstawienia naprawdę szczerze zaangażował się w swą rolę i cierpliwie znosząc wysokie wymagania reżyserki ćwiczył swą pamięć, dykcję, gestykulację sceniczną. Ostateczny efekt tych wysiłków to zachwyt na twarzach zgromadzonej publiczności i pozytywne opinie znawców zagadnienia. Nasi rycerze to dzielni wojownicy którzy nie oszczędzają się w pojedynkach.

„W pomroce dziejów, w czasach mrocznego średniowiecza, historia smak miała krwi i miecza...” - w takiej atmosferze wyczuwa się adrenalinę, pasję i determinację zwycięzców, gdyż nawet pokonani są tu zwycięzcami. Ich miecze zderzają się. Szczęk stali i iskry wzbijają się w październikowe rozgwieżdżone niebo. Do nieba też wznoszą się nasze uskrzydlone przez proste szczęście dusze ponieważ wszystko przebiegło niemal idealnie, lepiej niż ośmielaliśmy się sobie wyobrazić.

Droga memu sercu Społeczności Wyszkowskiego Monaru, czcigodny zarządzie – możemy być z siebie dumni. Daliśmy radę. Poprzeczkę postawiliśmy sobie wysoko i wznieśliśmy się ponad nią z fasonem. A wiecie dlaczego? Dlatego, że wykonując ten skok trzymaliśmy się za ręce.

Urszulka „Ruda”

 

Odsłon artykułów:
231240

Zajrzyj też